Dostrzeganie bliźnich i odkrywanie wartości. Materiały na wesoło i na bardzo poważnie, o nas, dla Was i o całym świecie. Nieoficjalna strona katolicka (także dla niekatolików i wątpiących).
Duszek Strona Duszyczek i Duszków - Internetowa wspólnota pomocy i wsparcia duchowego. Rozmowy, wartości, intencje
DUSZKI.PL
a tak dokładnie to Duszyczki i Duszki (*) - czyli "Duszkowo" :-)
Dzisiaj jest: 2025-04-04 23:45:08 Aktualizacja dnia: 2025-03-08 08:20:11
Duszka
MiloscMilosc Gdy oczekujesz pomocy lub sam(a) chcesz innym pomagać. Albo chciał(a)byś porozmawiać o czymś ważnym lub choćby tylko o wczorajszym podwieczorku :-) Dla wszystkich, w każdym wieku - od 0 do 201 lat ;-)
[an error occurred while processing this directive]
Strona główna Teksty i inne Intencje Dla Gości Dla Duszków Poczta Duszków Kontakt i Info
Modlitewnik Archiwum Dodaj intencję Galeria i eKartki O Duszkach Forum Księga Gości
Rocznica 18 lat oficjalnego działania Duszków w dniu 01.11.2023 i 17 lat strony Duszki.pl! (*):-) Serdecznie zapraszamy!
UWAGA! Ten serwis, strona i podstrony mogą używać cookies i podobnych technologii (brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to)!

Rozważania Duszyczki Perełki

Materiały nadesłane przez Duszyczkę Perełkę


MEDJUGORIE – RELACJA Z POBYTU W BOŚNI I HERCEGOWINIE W SIERPNIU 2010 ROKU NA „FESTIWALU MŁODYCH”

Moja droga do Medjugorie

 

         Do Medjugorie trafiłam za sprawą dwóch osób: mojej sąsiadki – pilotki pielgrzymek oraz Maryi- naszej kochanej mamy, która zaprosiła mnie do siebie w celu jedynie jej wiadomym. Moje pierwsze uczucia dotyczące wyjazdu były…. no cóż – raczej negatywne, gdyż jak się okazało termin pielgrzymki kłócił się z moimi wakacyjnymi planami. Propozycję potraktowałam, więc sceptycznie, ale Matka Boża miała swoje plany, dlatego moje „humory” zignorowała i wręcz nie dała mi dojść do głosu, czy podoba mi się pomysł spędzenia wakacji w Bośni i Hercegowinie, czy też mi się nie podoba. Entuzjazm sąsiadki kompletnie do mnie nie docierał, podczas gdy ona z wielką ekspresją opowiadała mi o cudach, jakie dzieją się w Medjugorie ja grzecznie, aczkolwiek zimno, słuchałam jej wywodu – nie rozumiałam jej werwy i zapału. Jednakowo nie mogłam powiedzieć „nie”, tak jakby Maryja związała mi język i kazała siedzieć cicho, pomimo wewnętrznego sprzeciwu. Zapisałam się na listę uczestników i właściwie nie oczekiwałam wiele. „Wyjazd, jak wyjazd”- pomyślałam sobie, ale skoro się już zgodziłam, nie mogę się wycofać. Również, niemal „siłą”, na listę uczestników pielgrzymki została wpisana moja przyjaciółka, która… miała jeszcze mniej serca do wyjazdu, niż ja. Pewnego dnia nawet oznajmiła mi: „Jakaś tam pielgrzymka, nie jest szczytem moich marzeń”. Jak się potem okazało, spotkało ją tam tak wielkie dobro, które całkowicie przewyższało jej wyobraźnie szczytu, na który może się wdrapać, a stało się to za przyczyną Gospy.  Już nigdy więcej nie powie, że Medjugorie, to coś mniej niż wycieczka All inclusive – to coś znacznie większego, piękniejszego.

         Podróż była długa i męcząca. Autokar niby jechał szybko, ale mnie się zdawało, jakby ledwo, co sunął się przez autostradę; czułam się tak, jakby zegarek uparł się, i nie chciał przesuwać się do przodu, a w momentach kryzysowych byłam skłonna uznać, że się cofał. Bolały mnie chyba wszystkie mięśnie, nogi dostawały skurczów od niewygodnej pozycji, do tego miałyśmy z przyjaciółką dwa najgorsze miejsca – z tyłu, przy oknie. Jak lwy w przyciasnej klatce (albo raczej lwiątka, bo ani ja, ani moja Izabelka nie mamy walecznych charakterów – do lwa więc, porównać się nas nie daJ) próbowałyśmy dzielnie znosić długie godziny w autokarze. Podróż zdawała się nie mieć końca. Przynajmniej widoki były cudne: góry, śliczny krajobraz, wiejskie klimaty, a to wszystko tonęło w ogromie zieleni – widok za oknem uspokajał, i aż się prosił, by jego widownia poddała się refleksji. Później, rozpieszczone od koloru nadziei oko, mogło się nacieszyć skalistymi wzgórzami; choć te obrazki stworzone przez naturę nie były tak barwne, to zachwycały tak samo, jak poprzednie. Tuż przed Bośnią i Hercegowiną, co napawało mnie wcale nie małym lękiem, były prawdziwe serpentyny górskie. Jazda ciągle jak na karuzeli mogła doprowadzić do przyśpieszonego bicia serca, co bardziej strachliwych (czyt. mnie). Później zdążyłam się przyzwyczaić do tej atrakcji. Zdałam się na pomoc mojego Anioła Stróża – a niech się chłopak martwi, a co! W końcu taka jego rola, nieprawdaż?

 

         Nasza kochana mama uwielbia listy

 

         List to - pierwsza rzecz, jaką uczyniłam, kiedy znalazłam się w Medjugorie, pierwsza dawka maminej miłości, która leczyła moje zranione serce Dziecka Bożego. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, jak wielką moc ma to miejsce, w którym jestem, nie miałam świadomości, że Maryja naprawdę jest tam obecna i pomaga. A więc, wzięłam długopis w dłoń i wypisałam wszystkie moje żale, prośby i sprawy, którymi chciałam się z naszą niebiańską mamą podzielić. List trafił do jej rąk, a moje nogi zawędrowały mnie do Sakramentu Pokuty. Po spotkaniu z Chrystusem, jego miłosierdziem, mądrością i łagodnością zdjęłam kolczastą, widzianą oczami mej duszy szatę i dopiero wtedy rozpoczęła się właściwa część mojej przygody w Bośni i Hercegowinie. To zadziwiające, ale…przestało boleć. Tak, jakby Pan Jezus zaaplikował mi środek przeciwbólowy i pozwolił czerpać całymi garściami z piękna, które rozlewa się wszędzie za przyczyną jego przecudownej mamy; czerpać, sfotografować sercem dobroć, pokój, słodycz, radość, lekkość, spontaniczny śmiech, zabrać je ze sobą do Polski i wykorzystywać w chwilach największych prób, które przecież nie skończyły się.

 

BOSA WĘDRÓWKA PO POMOC NIEBA

         Obowiązkiem”, każdego pielgrzyma, jest wejść na dwie góry w Medjugorie: Podbro oraz Kriźevac. Inaczej, to jest bez tych dwóch punktów programu, pielgrzymka jest, moim zdaniem, niepełna, okradziona z cennego doświadczenia. Na Kriżowac odmawia się Drogę Krzyżową, na Podbro - Różaniec. Kamieniste wzgórza pokryte piaskiem koloru mleczno czekoladowego zapraszają do wspólnej modlitwy. Jeśli pielgrzymi w swych sercach przynieśli Matce Bożej naprawdę trudne sprawy, które to sprawy sprawiają im ból (a w ziemskim rozumieniu należą do kategorii tak zwanych „beznadziejnych”) mogą na wymienione wyżej góry wchodzić boso. Jest to zabieg nader trudny, małe kamyczki wbijają się w stopy, upał daje się we znaki, pot leje się strumieniami…, ale gdy dojdziemy do celu i przetrzemy nogi mokrą szmatką są czyste – nie ma na nich ani jednej rany! Gdyby ktoś zechciał tak zwyczajnie, dla kaprysu wejść na wzgórze boso, nie wiem, czy wyszedł by z tej próby cały. Ale przecież ktoś się nami wtedy opiekuje…jak więc może nam się stać krzywdaJ.

         Kriżowac to zadanie dla wytrwałych. Razem z koleżanką, która - podobnie jak ja - zdecydowała się na bose wchodzenie na tą górę, wzywałyśmy pomocy nieba – ja moje kochane aniołki, ona wszystkich świętych. Pomimo trudności (mocno doskwierającego upału, naprawdę ostrych kamieni, tłoku) nie chciałyśmy się poddać, przynajmniej ja nie chciałam, gdyż nie wchodziłam dla siebie – tylko dla kogoś bliskiego.

         Najpiękniejszy moment to chwila wejścia na szczyt – zwycięstwo, pokonanie własnych słabości, wygrana walka z samą sobą oraz z klimatem, który dla osoby z Polski może być męczący, a nade wszystko zadowolona mama – ta ostatnia konsekwencja chyba najpiękniejsza. Wierzę, że Maryja jest z nas dumna, gdy podjęty wysiłek procentuje w postaci dobrze wykonanego zadania, a nam, to znaczy: mnie, mojej koleżance udało się!

 

 

Na frasunek najlepsza mamina pociecha

 

         Choć było mi lekko i przyjemnie, nie wiedziałam, jak w pełni oddać się pielgrzymce, nie myśląc przy tym o kłopotach, jakie pozostały w Polsce. Jednak, gdy coś aż nadto zaprzątało moją głowę, kochana mama wynajdywała odpowiedź na nurtujące mnie pytaniaJ. Żyć, nie umierać z takim wsparciem!

         Zwłaszcza, jeśli wsparcie bardzo dobrze nas zna, kiedy wie, co w danej chwili jest nam potrzebne, i nie gniewa się, kiedy wszystko jest nie tak, jakby sobie tego życzyła.

 

Ramiona kochanej mamy

         Podczas pielgrzymki, krótko po spacerze na Podbro – bosym spacerze – poszliśmy wszyscy do Wspólnoty Błogosławieństw, by zawierzyć swoje życie Matce Bożej. Najpierw wysłuchaliśmy świadectwa siostry Barbary, następnie wspólnie odczytaliśmy tekst zawierzenia, wreszcie każdy indywidualnie podchodził do figurki Matki Bożej (figurki były dwie, stąd też ustawił się dwie kolejki).

         Podczas zawierzenie Maryi czułam ciepło, matczyną miłość, ogromną siłę. Chwyciłam ją za rękę, a w mej duszy panował spokój, którego żadne słowa nie są w stanie opisać. Tęsknie za tą czystą miłością, niezwykle trudno mi przyjąć krytykę przeciwników Medjugorie, a słowa pełne jadu niszczą śnieżnobiały obraz religijnych przeżyć. Dlaczego tak jest? Dlaczego nie możemy się poczuć jak dzieci, które z ufnością przychodzą do rodziców i tuląc się do ich piersi, wypełniają ich wolę. Maryja kocha nas gorącą miłością i tak wiele daje tym, którzy chcą się otworzyć na jej opiekę.

 

 

Gdzie się schowała ta maleńka miłość?

 

         Właśnie tej maleńkiej miłości brakuje mi najbardziej, a szczególnie pewności, że moja i wasza wspaniała mama kocha ponad życie każdego z nas z osoba i wszystkich razemJ. Gdy jakiś grzesznik, zaprawiony w swych złych uczynkach czyta mój artykuł myśli sobie: „To nie o mnie mowa”. Nic bardziej mylnego. Parafrazując słowa Jana Pawła II grzech i nasza niedoskonałość to zbyt małe argumenty dla naszych boskich rodziców, by przestać kochać.

         W zamian za niezliczone zdroje łask Maryja prosi nas o: post w środy oraz  w piątki, codzienną eucharystię (w miarę możliwości), spowiedź świętą, Różaniec oraz o lekturę Pisma Świętego.

 

Pokój wymieniony przez wszystkie przypadki

 

         W Medjugorie panuje pokój, nie słychać kłótni, ostrej wymiany myśli, kąśliwej krytyki ani awantur. Idąc ulicą można się spotkać, całkiem przypadkiem i niespodziewanie, z uśmiechem kompletnie obcej osoby, która być może mówi w innym języku. Tak powinno być – nie ma skuteczniejszego lekarstwa dla zbolałej duszy od uśmiechu, życzliwości, empatii i spokoju.

         Przebywając na tamtej, rozsławionej na cały świat ziemi, czułam się naprawdę wolna, gotowa na przyjęcie miłości, która płynie prosto z nieba. Problemy codzienności oddaliły się na dalszy plan, liczył się tylko duchowy wzrost! Miałam wrażenie, jakby Maryja cały czas pilnowała, by nie wydarzyło się jej dzieciom nic złego. Częściej się uśmiechałam, ba, nawet byłam szczere rozbawiona różnymi drobnostkami – po trudach, jakie przeszłam, urastały one do rangi cudów – tak, moi kochani czytelnicy – malutkie cudeńka szczerze cieszyły moje serce, a ich przyczyną był wielki cud – miłość kochanej mamy!

        

Msza święta - niecodzienna

 

                  Z mszy świętej w Medjugorię zapamiętałam gołąbka – szarego, ślicznego ptaszka, oraz ciepłą, żywą siostrę ze Wspólnoty Błogosławieństw, która na scenie ołtarza polowego tańczyła (podczas eucharystii), a zgromadzeni powtarzali za nią prezentowany układ. Oczywiście w tłumie wiernych znajdowali się tancerze o różnym poczuciu rytmu, ruchowej pamięci i zgrabności - dlatego być może choreograficznie nie wyglądało to najlepiej, ale ileż było w tym radości. Jeszcze dzisiaj, pisząc artykuł, moje serce rwie się do tańca, choć obrazek mszy jest tylko obecny w mojej wyobraźni.

         Gołąbek pokoju towarzyszył każdej mszy świętej. Gdy próbuję wspomnieniami wrócić do tamtych chwil, na plan pierwszy wysuwa się właśnie ten ptak. I co zadziwiające, zachwyca mnie jego piękno, gładkość, łagodność i niesamowita siła zarazem. Zrywał się wtedy wiatr a gołąbek lekki i radosny fruwał wysoko, aż ponad wieżę medjugorskiej parafii. Patrząc na niego serce się zatrzymywało w piersi, ulatywały złe, niechciane emocje, tak jakby szatan w ogóle nie istniał, na tą krótką chwilę był tylko Pan Bóg i Jego miłość, lucyfer tym razem nie mógł włoż swego długiego nosa w nasze relacje, to znaczy moje i Najwyższego.

         Pamiętam również tą czystą radość, którą chciałoby się zamknąć w kryształowej, hermetycznej kuli i czerpać choć promyczki jej blasku, ogrzewać się chociaż jej cieniem i mówić do świata" "Patrzcie, tutaj jej nasza mama"; wziąć do ręki to ciepło i rozdawać go każdej napotkanej osobie, szczególnie tej, która przeżywa trudne chwile, kryzys wiary czy aż po uszy jest zatopiona w bólu, który zadają jej inni ludzie.  Dalej widać urocze, wąskie uliczki, które toną w morzu dewocjonaliów, zachwycają uśmiechniętych przechodniów i biją cudownym blaskiem, podobnym do niebiańskiego blasku. I tylko dwa najważniejsze słowa spacerują ramię w ramię z zaproszonymi dziećmi Maryi: Mamo kocham.

            Gdy byłam na mszy świętej, wiatr tak delikatnie otulał moje sumienie, tak lekko stukał do mojego serca, był tak czysty nieskazitelny, niemy, aczkolwiek wymowny: to w ciszy mówił do mnie Pan Jezus. Czułam, że jestem taka sama, jak inni. Maryja mnie kocha, Maryja mnie słucha, Maryja mi pomoże. Jestem takim samym dzieckiem, jak każdy. "Przyjechałaś tutaj! To nie przypadek!” – tak powiedział do mnie pewien kleryk, i chyba miał racjęJ.

         Moment podania wiernym chleba eucharystycznego, jest chwilą doniosłą, nader oryginalną, wymagającą dobrej organizacji oraz zdyscyplinowania wszystkich zaproszonych na ucztę Jezusa. Gdy patrzyłam na kapłanów, widziałam w oczach niektórych z nich radość – nieśli przecież Chrystusa, do tak wielkiej liczby osób. Jak się nie cieszyć, kiedy Pan Jezus idzie, jak się nie uśmiechać, gdy za sekundę niewyobrażalnie wielka miłość wniknie do serca bliźniego? Niosąc kielich, jeden ksiądz aż podskoczył – jakie to było piękne! Cudowny to był widok, kiedy mnóstwo księży rozchodziło się wraz z kielichem w ręku po wszystkich stronach ołtarza polowego, wodzeni ręką kapłana – przewodnika, który niczym policjant na skrzyżowaniu, mówił gdzie konkretnie mają się, udać. Tylko tutaj osobą kierującą, to właściwą, był Jezus Chrystus, a miejscem docelowym serce człowieka.

 

 

KIELICH PEŁEN MIŁOŚCI

 

         Gdy pewnego razu podeszłam do Komunii Świętej, zobaczyłam śnieżnobiały, równo ułożony stos Hostii i złoty kielich – czyli to, co każdy zaproszony na ucztę Pana Jezusa widzi, gdy kieruje się w stronę kapłana. Ale ja poczułam wtedy coś nadzwyczajnego. Biło z tej Hostii tak ogromne ciepło, spokój, gorąca miłość – wszystko, za czym człowiek tęskni każdego niemalże dnia swojego życia, za niekłamaną, niczym nie wymuszoną, nie udawaną miłością, która nigdy nie zmienia swoich poglądów, nigdy nas nie wyrzuci, nigdy nie zostawi.

 

Nieproszony gość na adoracji

 

         W Medjugorie byłam świadkiem opętania. Podczas jego trwania czułam spokój - to był znak, że demony nie docierają do Pan Jezusa, w niebie, zatem demonów nie będzie: ani tych rzeczywistych, ani tych, które wytworzyły nasze złe uczynki. Ryk, jaki wydobywa się z duszy opętanej jest nie do opisania, pośród ciszy krzyczy zło, które dopomina się o swoją ofiarę, o swojego człowieka. A Pan Jezus nie walczy, tylko spokojnie, każdemu daje swoją miłość. W momencie łaski uświecającej jesteśmy przytuleni do Pana Jezusa, trzyma nas mocno przy sobie – tak, jakby usilnie starał się nas zapewnić, że tylko on jest w stanie zapewnić nam pełnię spokoju!

         Nie chcę, by wypadło to dość lekceważąco, ale… gdy na własne oczy zobaczyłyśmy opętanego człowieka, razem z przyjaciółką, po tym jak pomodliłyśmy się za jego duszę – poszłyśmy na lody! Czułyśmy obydwie niewypowiedzialny spokój, nie bałyśmy się, jednakże było to trudne przeżycie, bardzo obciążające psychicznie – z piekłem naprawdę nie ma żartów!

         Tego dnia ja, Iza oraz nasza współlokatorka – wszystkie trzy, obudziłyśmy się po godzinie 2 w nocy, a ja z zaciśniętym gardłem spytałam, czy to nie przypadkiem 3… godzina demonów! To było koszmarne przeżycie, miałyśmy wrażenie, że zło chce nas ukarać, że byłyśmy jego przypadkową widownią. Nie polecam nikomu zetknąć się twarzą w twarz z demonem lub chociażby usłyszeć jego głos – pamiętajcie w takich momentach, że jest Pan Jezus!

 

 

Serce na dłoni

         Maryja jest ciepła, cicha, pokorna i taka dobra. Kocha, czy ktoś jest zainteresowany jej miłością, czy też nie.

         Do Maryi można podejść jak do najbardziej zaufanej osoby na świecie, jak do wyrozumiałego przyjaciela i powiedzieć, co nas boli, co nas niszczy, o czym marzymy. Ponieważ to ona opiekuje się pielgrzymami z Medjugorie, przebywając na tej ziemi człowiek czuje się tak, jakby dotknął skrawka nieba. Tam kłopoty nie istnieją, wszyscy się uśmiechają, a człowiek ma dwa razy więcej energii oraz potrójną dawkę optymizmu. Z dnia na dzień przybywa spokoju, ubywa trosk, buzia nie przestaje się śmiać. Wierzy się, że można dokonać wszystkiego. Co więcej, tęskni się za Medjugorie jeszcze za nim się odjedzie.     

         Ramiona czułej, kochającej mamy otaczają nas zewsząd – jak więc, nie wierzyć, że Pan Bóg jest naprawdę dobry? To dar, czysty, bezinteresowny – prosto z niebios. Maryja jest już wśród aniołów, ale jej wzrok wciąż jest skierowany w stronę ziemskich „przybranych” latorośli. Jej miłość jest niewyobrażenie piękna – i taka niezrozumiała! Ona nie musi kochać nas „aż tak”; jakież ona ma wielkie serce! Ta jej miłość jest słodka, prawdziwa, jedyna, ona nie kocha nas, by „coś” z tego mieć – kocha dla samego piękna i przejrzystości kochania. Roztacza swój parasol ochronny przed siłami zła, wsłuchuje się w miarowy stukot naszego serca, goi najgłębsze rany, jakie mamy w środku, kibicuje nam, słucha, uspokaja, łagodzi konflikty. Jej dotyk jest jak czysty brylant a uczucie i szata jaką wkłada nam na duszę jest utkana przez same anioły – ta tkanina nas otula, ogrzewa chwilkę, następnie tak wystrojeni w mamine szaty możemy dalej iść przez życie. Jest naszą ostoją, opoką, naszą orędowniczką i ona tak cudownie uspokaja – nie gniewa się na nas – tylko kocha. Wizyta u Maryi to dawka optymizmu, potężny zastrzyk niebiańskiej miłości.

 

 

 

Mamine zupełnie (nie) przypadkowe niespodzianki

 

         Każdy z nas potrzebuje duchowej strawy, nakarmić się takim słowem, które akurat do nas trafia, nabrać sił, i tak syty iść dalej przez życie z własną przeszłością, kompleksami, grzechami i krytyką otoczenia. Tak było w przypadku mojej przyjaciółki – osoby niepełnosprawnej, która wstydziła się własnego, całkiem oryginalnego wyglądu rąk i nóg. Nie pomagał fakt, że ma przyjaciół, którzy kochają ją pomimo wszystko i ponad wszystko. Żenujące spotkania z zachłannym wzrokiem nieznajomych przechodniów, wygrywały ze zdrowym rozsądkiem i podawanymi ze szczerego serca argumentami przyjaciół. Ale wszystko minęło, jakby ręką odjął, kiedy to swoje świadectwo przedstawiła dziewczynka… z tym samym schorzeniem, co moja serdeczna przyjaciółka. Niepełnosprawność nie przeszkodziła jej w staniu sięświatowej sławy pianistką, która wygrywa trudny utwór muzyczny – bodajże Chopina- zupełnie tak jak genialny wirtuoz, z niebywałą lekkością i radościąJ Moja przyjaciółka słuchała tego świadectwa jak zaczarowana, i jestem pewna, że w końcu zobaczyła siebie tak, jak ja ją widzę: słodką, aczkolwiek czupurną dziewczynę, o niebywałej sile, z monstrualnym apetytem na słodycze i inne pyszności, niepoprawną optymistkę, która wierzy w siebie, w swoje możliwości i ma nadzieję na lepszą przyszłość. Co zadziwiające dla nas, maluczkich, ale na pewno nie dla niebiańskiej mamy, świadectwo owej niepełnosprawnej dziewczynki, było pierwszym tego typu, od momentu pierwszego objawienia. Maryja chciała, by Iza tam pojechała i wysłuchała właśnie tej historii..., a wcale nie było takie oczywiste, że jej wysłucha, znów nasza mamusia musiała zainterweniować. Cała wycieczka została w pensjonacie, żeby odpocząć po trudach pielgrzymowania, a ja, moja przyjaciółka i dwie inne panie zostałyśmy odwiezione na festiwal. I również wtedy, nie wiedzieć, czemu, Iza właściwie wbrew swojej woli zaprowadzona została na miejsce swego przeznaczenia. Równie zmęczona, co nasi towarzysze, z zaciśniętymi zębami oznajmiła, że jutro ona odpoczywa i nie rusza się na krok z miejsca zamieszkania. Spuściłam na tą jej wypowiedź - najbezpieczniejszą w tej sytuacji - kotarę milczenia i pojechałyśmy na świadectwo. Poszłyśmy w to samo miejsce, co zwykle. Rozłożyłyśmy swoje rzeczy, po czym Iza założyła słuchawki na uszy[1] i zaczęła słuchać świadectwa, natomiast ja poszłam pozałatwiać bieżące sprawy (już nie pamiętam, po co się oddaliłam, albo udałam się po wodę, albo do toalety, co zresztą nie jest istotne). Gdy już zjawiłam się z powrotem, zobaczyłam Izę zasłuchaną w opowieść chińskiej dziewczynki, z tym samym schorzeniem, co ona. Widziałam jej błysk w oku, podziw dla niepełnosprawnej pianistki i coś jeszcze – ulgę dla niej samej, dumę z faktu, że z takim schorzeniem jak ona, można przenosić góry i stać się naprawdę wyjątkowym człowiekiem, odnoszącym sukcesy, kochanym, szanowanym i podziwianym przez otoczenie.

         Mnie osobiście rozbawił i wzruszył obrazek księży, którzy na ołtarzu podnosili się z krzeseł, by upewnić się, że ta niepełnosprawna dziewczynka, która ma tylko dwa palce u jednej oraz dwa palce u drugiej ręki, może grać trudny utwór muzyczny, i to bez większego wysiłku! To było komiczne, głowy konsekrowanych były wydłużone do granic możliwości, pochylone pod kątem 60 stopni, a oczy z zaciekawieniem wpatrywały się w poczynania młodej, genialnej i sympatycznej wirtuozki. Jej niepełnosprawność nie miała znaczenia, odchodziła na dalszy plan, słychać było tylko jej grę. A ja widziałam uśmiechniętą, spokojną, moją kochaną Izabelkę, która z uczuciem ulgi i niekłamanego szczęścia przypatrywała się pianistce. Myślę, że zapamięta to wydarzenie na bardzo długi czas. Tego dnia ja również dostałam znak od Gospy, tylko, że cichutki, słyszany w moim sercu, który jestem pewna, kiedyś się spełni – oby tak było.

         Z tego dnia zapamiętam na długo jeszcze jedną rzecz – moja kochana Izabelka, cud w moim życiu, który to cud pretenduje do roli przyjaciółki na całe życie, została dotknięta w sposób namacalny pomocą niebios! Wtedy zrozumiała, że kochać i być kochanym, to otwierać swoje serce na bliźniego – nie potrzebuje chirurga plastycznego, żeby być ważna, wyjątkowa oraz kochana! Dotyczy to każdej osoby niepełnosprawnej, nie tylko mojej IzabelkiJ Pomyślcie o tym, gdy będzie wam źle: mama was naprawdę, szczerze kocha!

 

 

Gdybym tylko mogła zostać

 

            Przyszedł czas, kiedy trzeba było odjechać. Tylko serce moje wołało jak szalone: "Mamo, ja chcę tu zostać, to tutaj, w twoich bezpiecznych ramionach jest mój dom, nie chcę wracać, bo jest mi dobrze tutaj. A gdzieś, w głębi duszy słychać słodki głos: "Czekam tu na Ciebie. Ale proszę o jedno. Przyprowadź do mnie moje dzieci, bo chcę im pomóc tak, jak tobie".

             Szybkie tempo, nadmiar wrażeń, natłok myśli, 1000 powodów do zmęczenia..., a w sercu radość. Gdyby ktoś mi powiedział, bym tam została, zgodziłabym się bez wahania. Pragnę pojechać do Medjugorie za rok, dwa, trzy, za 10 lat...dopóki światełko mojego życia nie zgaśnie.

            Skoro tam jest tak cudownie, jak pięknie musi być w niebie? Kto tam ma być, ten przybędzie – nieważne, jakie ma przeszkody do pokonania na drodze do celu. Choćby Maryja miała Was wziąć na ręce i zanieść czy wystrzelić z procy - przyjdziecie w jej skromne progi, a wtedy świat nabierze kolorów. Tak czyste ciepło nie może pochodzić od lucyfera, bo on by tego ciepła nie był w stanie znieść i takiego ogromu dobra.

         Maryja zna każdy stukot naszego serca, każdy niespokojny głos, każde tętno, które bije przepełnione bólem. Ona łata serca, rozwiązuje problemy, które nas trapią, nie pozwala się smucić, nie każe o sobie myślźle – w końcu jesteśmy u mamy, więc trzeba się zachowywać jak przykładne dziecięJ. To co boli – boleć przestaje, to co powoduje, że myślimy o sobie źłe – ulatuje z naszego umysłu i znika na czas pielgrzymki, a jeśli nawet się odzywa, Maryja szybko przegania to, co negatywne, albo tak nas zajmuje, że nie mamy czasu myśleć o kłopotach. Wiem, co więcej, jestem o tym niemal przekonana, że Maryja jest naprawdę obecna w tym magicznym miejscu. Jedno wydarzenie, to może być zbieg okoliczności, ale taka religijna „fatamorgana nie mogłaby trwać w nieskończoność.

          

UWAGI KOŃCOWE

 

         Medjugorie to miejsce, do którego warto pojechać, by duchowo wzrastać. Choć Maryja jest królową nieba, jest bardziej pokorna, niż my wszyscy razem wzięci – idealna miłość i człowiek pełen czułości: dwa lekarstwa w jednej osobie na całe zło świata.

         Kościół nie zatwierdził objawień w Medjuorie, nie mogę więc napisać, że ona tam jest, ale napisałam wam to, co czułam – wszystkie moje przeżycia są autentyczne, nie zmyśliłam sobie ich. A ponieważ są to pozytywne przeżycia, nie mam podstaw sądzić, że nie pochodzą od Pana Boga.

         Póki, co ogrzewam się w cieple wspomnień i idę dalej do przodu, pomimo, że nie jest mi łatwo, tak jak wielu osobom.

Duszyczka Perełka

 

Wróć do strony głównej
Dostrzeganie bliźnich i odkrywanie wartości. Materiały na wesoło i na bardzo poważnie, o nas, dla Was i o całym świecie. Nieoficjalna strona katolicka (także dla niekatolików i wątpiących).
Powrót na stronę główną      Info o stronie, kontakty, prawa autorskie itd.      Legalność materiałów i oprogramowania na stronie Duszki.pl
Wszelkie prawa zastrzeżone (o ile nie zaznaczono inaczej) co do materiałów umieszczonych na stronie, podstronach, skrótach - zarówno jeśli chodzi o teksty, rysunki, muzykę, filmy - są one wytworem i własnością zespołu redakcyjnego Duszki.pl. Pozostałe materiały umieszczamy za zgodą ich twórców.
Warunki korzystania z materiałów na stronie Duszki.pl
Informacje o ochronie, przetwarzaniu danych osobowych, zapytania i zgloszenia
Ochrona danych osobowych na stronie Duszki.pl
Prywatne serwery Zbigniewa Kuleszy zjk.pl. Aktualny dostawca Internetu - Vectra.pl, Wszelkie prawa zastrzeżone. Zespół redakcyjny duszki.pl: redakcja@duszki.pl
W sprawie treści i działania strony oraz w sprawie funkcjonowania i udostępniania treści na serwerach duszki.pl - kontakt z administratorem: duszek@duszki.pl lub zjk7@wp.pl

Valid HTML 4.01 TransitionalValid XHTML 1.0 TransitionalPoprawny CSS!Poprawny CSS!

Copyright (c): Zbigniew Kulesza, Sieradz 2006-2024